Patologia parkingowa Warszawa [i inne miasta].
Warszawa, sobota, godzina dziesiąta rano, Ursus, skrzyżowanie Warszawskiej i Gierdziejewskiego, gdzie rzeczywistość prawna sromotnie przegrywa z prawem silniejszego zderzaka. To tutaj, jak donoszą mi osoby świetnie zorientowane w nieformalnych układach panujących w dzielnicowych komendach, styk interesów lokalnych handlarzy i wygody zmotoryzowanych wyborców tworzy strefę de facto wyjętą spod jurysdykcji państwa, o czym świadczą te niemal trzygodzinne czasy oczekiwania na interwencję straży miejskiej, która — według moich informacji zza kulis ratusza — ma ciche przyzwolenie, by w dni targowe nie zaogniać konfliktów z suwerenem szukającym najtańszej marchewki. Trzydziestolatek. Czujny. Nieustępliwy. Z kamerą w dłoni i gazem pieprzowym w kieszeni, który traktuje jak polisę ubezpieczeniową w świecie, gdzie prozaiczna prośba o nie jeżdżenie po chodniku kończy się regularną próbą rozjechania pieszego, co zresztą wielokrotnie rejestrowano choćby na Ursynowie przy Płaskowickiej, ukazując całkowity rozkład norm współżycia społecznego. Postronny obserwator mógłby zapytać, czy to ma sens, to kopanie się z koniem na oczach tysięcy widzów subskrybujących kanał, który po dwóch latach działalności stał się solą w oku lokalnych kacyków i drogowych piratów uważających chodnik za naturalne przedłużenie jezdni. Agresja jest tu jedyną twardą walutą, a jej kurs na bazarku w Ursusie bije rekordy, gdy kierowca, nie potrafiąc wykrzesać z siebie choćby cienia merytorycznego argumentu, uderza w tony ksenofobiczne, nazywając oponenta "Ukraińcem", choć ten z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczy, że jest jedynie samozwańczym strażnikiem chodnika.
Państwo skapitulowało, zostawiając puste parkingi i lśniące pustką asfaltowe place, podczas gdy sto metrów dalej trwa brutalna walka o każdy centymetr betonowej płyty, a policja ze zgłoszeniami płynącymi z portali takich jak uprzejmiedonosze.net czy innych aplikacji miejskich zdaje się funkcjonować w zupełnie innym wymiarze czasowym niż ten, w którym pieszy musi salwować się ucieczką przed maską pędzącego SUV-a. Instytucje powołane do utrzymania porządku udają, że deszcz zamieniający pobocza w błotniste bajora jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla ich wielogodzinnej bezczynności. Brutalna prawda, którą słyszy się w kuluarach od zmęczonych funkcjonariuszy, jest taka, że to nie jest tylko walka o wolny przejazd, to starcie dwóch cywilizacji — tej, która wciąż naiwnie wierzy w reguły kodeksu, i tej, dla której metryka powyżej pięćdziesiątki daje przyrodzone prawo do taranowania młodszych, bo chodzenie już tak dobrze nie wychodzi, a parking jest zawsze tam, gdzie akurat zatrzymały się koła. System jest dziurawy jak te kałuże na Warszawskiej, a każde kolejne nagranie to tylko bolesne potwierdzenie diagnozy, że w tym mieście znacznie łatwiej jest zebrać serię wyzwisk za naklejenie „karnego kutasa” na szybę, niż wyegzekwować choćby jeden mandat od człowieka, który z uśmiechem na ustach parkuje na środku drogi dla rowerów. Trudno wyzbyć się wątpliwości, czy to się uda, to prostowanie świata przy pomocy YouTube’a, ale patrząc na poziom zacietrzewienia kierowców, którzy w obronie swojego świętego prawa do łamania przepisów są gotowi do rękoczynów, widać wyraźnie, że bazarek to tylko mikrokosmos znacznie głębszej, ogólnopolskiej patologii. Chodnik przestał być przestrzenią publiczną, stał się polem bitwy o dominację, gdzie argument siły zastępuje siłę argumentu, a wezwanie policji jest traktowane jak osobista zniewaga, a nie elementarna procedura prawna w państwie aspirującym do bycia cywilizowanym.
Klientelizm bazarkowy w najczystszej, niemal biologicznej postaci. Typowy kupujący. Rozgorączkowany. Z siatkami pełnymi włoszczyzny jako tarczą przed jakimkolwiek odruchem przyzwoitości. Dla tego człowieka, wpadającego w amok na samą myśl o konieczności przejścia dodatkowych stu metrów z legalnego, choć przerażająco pustego parkingu, pojęcie winy nie istnieje, zostało skutecznie wyparte przez atawistyczną potrzebę zaparkowania jak najbliżej stoiska z jajkami, co zresztą potwierdzają moi informatorzy zbliżeni do kręgów straży miejskiej, przyznający po cichu, że interwencje w takie dni to orka na ugorze, bo agresja zwykłego obywatela na zakupach potrafi zawstydzić niejednego recydywistę. To jest ten moment, gdy prozaiczny brak wolnego miejsca staje się katalizatorem dla czystego, destylatowego chamstwa, gdzie starsza pani czy matka z wózkiem, wypchnięte brutalnie z chodnika na drogę dla rowerów, stają się jedynie przeszkodą w płynnym procesie logistycznym dostarczania marchewki do bagażnika, a fakt, że ci ludzie muszą ryzykować zdrowie pod kołami pędzących cyklistów, dla kierowcy w Ursusie znaczy tyle, co zeszłoroczny śnieg.
Trzeba to przyznać otwarcie: to mozolne cywilizowanie tłumu, który w odpowiedzi na prośbę o zgaszenie silnika czy zjechanie z przejścia reaguje agresywnym bełkotem o „ukraińskim agencie” lub groźbami fizycznej eliminacji, jest jedyną barierą przed całkowitym barbarzyństwem, bo przecież on — agresor w drogim samochodzie — czuje się tu panem życia i śmierci, on tu kupuje od lat i to on, w swoim mniemaniu, wyznacza reguły gry na tym kawałku błotnistego pobocza. Ta totalna ślepota na innych, to zjawisko, które analitycy miejscy nazywają erozją empatii parkingowej, sprawia, że pozostali piesi, stłoczeni na wąskich przesmykach między maskami aut a krawężnikiem, przestają być współobywatelami, a stają się wrogimi elementami zakłócającymi święte prawo do darmowego postoju na chwilkę. Można by w tym miejscu postawić tezę, czy to na pewno dobry pomysł, by jedynym bezpiecznikiem w tym systemie był facet z kamerą i gazem w kieszeni, skoro instytucje państwowe, od policji po urzędy dzielnicy, zdają się abdykować, gdy tylko poczują oddech wzburzonego suwerena, dla którego chodnik to po prostu szerokie pobocze, a droga dla rowerów to luksus, na który on, człowiek pracy z pełnym bagażnikiem, nie zamierza zwracać uwagi. Na koniec zostaje tylko błoto, pusty parking i człowiek z kamerą, który jako jedyny zdaje się pamiętać, że chodnik służy do chodzenia. Ta pustka na legalnych miejscach postojowych, widoczna w każdym kadrze, to najbardziej bolesny dowód na to, że nie o brak infrastruktury tu chodzi, ale o głęboko zakorzenioną pogardę dla reguł, która w sobotnie przedpołudnie na Ursusie osiąga stan krytyczny.
Apatyczny funkcjonariusz. Zmęczony procedurami. Patrzący w monitor, byle do piętnastej. Według moich informatorów w pionie logistyki miejskiej, nikt w ratuszu nie ma odwagi wydać otwartej wojny bazarkowiczom, bo to elektorat twardy, wierny i — co kluczowe — wyjątkowo głośny, dlatego też czas reakcji służb na zgłoszenia z Ursusa przypomina tempo przemieszczania się lodowca, a interwencja zainicjowana o dziewiątej trzydzieści rano zostaje przemielona przez system tak skutecznie, że o dwunastej na miejscu wciąż panuje prawo pięści i zderzaka. Sceptycy w kuluarach powątpiewają, czy to ma sens, ten cały cyfrowy monitoring i aplikacje internetowe do zgłaszania parkowania, skoro rzeczywistość na skrzyżowaniu Warszawskiej z Gierdziejewskiego weryfikuje je brutalnie: lśniący nowością parking świeci pustkami, a chodnik — ta ostatnia enklawa bezpieczeństwa pieszego — zamienia się w rwący potok stali, blachy i spalin. Typowy agresor parkingowy. Lat około pięćdziesięciu. Skórzana kurtka. Przekonanie o własnej nieomylności podniesione do rangi dogmatu. Co myślą ci ludzie, gdy z uśmiechem na ustach i ręką na klaksonie wjeżdżają wprost na ludzi? Oni nie myślą, oni realizują misję zakupu najtańszego pęczka rzodkiewki, a fakt, że inni piesi — matki z wózkami, seniorzy o kulach czy uczniowie — muszą salwować się upokarzającą ucieczką na drogę dla rowerów, stając się tym samym zwierzyną łowną dla rozpędzonych kolarzy, jest dla nich jedynie statystycznym szumem, niegodnym sekundy refleksji.
Ktoś patrzący z boku mógłby zapytać, czy to na pewno dobry pomysł, by ufać w jakąkolwiek zmianę mentalną w społeczeństwie, w którym pięćdziesięciolatek w SUV-ie używa argumentu metryki jako glejtu na łamanie prawa, sugerując z rozbrajającą szczerością, że trzydziestoletni strażnik chodnika powinien z pokorą przyjmować bycie rozjeżdżanym, bo „chodzenie już tak dobrze nie wychodzi”. To nie jest zwykłe wykroczenie, to systemowa demonstracja siły klasy średniej na zakupach, która w swojej małości nie potrafi dostrzec winy nawet wtedy, gdy opony ich aut znajdują się centymetry od stopy interweniującego aktywisty, a jedyną odpowiedzią na merytoryczne wskazanie znaku zakazu jest ksenofobiczny bełkot i rynsztokowe wyzwiska, które padają z taką łatwością, jakby były stałym elementem cennika za kilogram ziemniaków. Policja i Straż Miejska na Ursusie zdają się istnieć tylko teoretycznie, wirtualnie, w raportach, które potem lądują na biurkach komendantów jako dowód zabezpieczenia rejonu, podczas gdy w realnym świecie jedynym widocznym śladem ich istnienia jest głuche milczenie w słuchawce i brak radiowozu przez blisko sto osiemdziesiąt minut od wezwania. Próbowanie cywilizowania tłumu, który w odpowiedzi na prośbę o zgaszenie silnika reaguje agresją fizyczną, bo przecież on jest stąd, on tu kupuje od lat i to on wyznacza reguły gry na tym kawałku błotnistego pobocza, gdzie empatia umiera wraz z pierwszym wolnym miejscem na chwilkę. System skapitulował przed bezczelnością, a my zostaliśmy z obrazem starszej kobiety, która musi brnąć przez kałuże i ryzykować potrącenie przez rowerzystę, bo chodnik zajęła furgonetka człowieka, który po prostu nie potrafił przejść dwustu metrów z legalnego postoju.
Wielu zadaje sobie pytanie, czy to się uda, to prostowanie świata przy pomocy kamery, ale patrząc na tę pustkę na parkingach i ścisk na chodnikach, widać wyraźnie, że bazarek to nie miejsce handlu, to poligon doświadczalny dla ludzi, którzy prawo mają za nic, dopóki sami nie potrzebują pomocy. To nie jest analiza ruchu drogowego, to sekcja zwłok polskiej kultury współżycia, przeprowadzona bez znieczulenia na żywym organizmie miasta, gdzie argumentem ostatecznym nie jest kodeks, lecz siła uderzenia pięścią w maskę lub obiektyw. Państwo oddało chodniki walkowerem. Dyżurny na komendzie. Przebodźcowany. Zawalony lawiną zgłoszeń, z których każde w teorii jest priorytetem, a w praktyce staje się elementem brutalnej selekcji zasobów. Według moich informatorów z warszawskiej policji, którzy ze zrozumiałych względów wolą zachować anonimowość, sytuacja kadrowa w stołecznych jednostkach przypomina stan oblężenia, gdzie liczba wakatów sięga kilkunastu procent, a ci, którzy zostali na służbie, muszą łatać dziury powstałe po masowych odejściach na emerytury i zwolnieniach lekarskich. Czasem trudno orzec, czy to ma sens, to oczekiwanie, że radiowóz pojawi się w kwadrans po zgłoszeniu źle zaparkowanego Passata, skoro w tym samym czasie ten sam patrol musi interweniować przy krwawej awanturze domowej na ósmym piętrze bloku obok, wyciągać z rowu ofiary czołowego zderzenia na trasie wylotowej czy cucić kolejnego leżącego delikwenta, który nadużył alkoholu do tego stopnia, że blokuje wejście do klatki schodowej i stanowi zagrożenie sam dla siebie. Obraz malowany przez twórców kanałów takich jak "Samochodoza", choć w swojej warstwie wizualnej niezwykle sugestywny i oparty na autentycznym gniewie, cierpi na fundamentalny błąd perspektywy — to widzenie tunelowe, skupione wyłącznie na czubku obiektywu i kawałku betonu pod kołami, które całkowicie ignoruje to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami komend, gdzie prewencja parkingowa przegrywa w przedbiegach z koniecznością ratowania życia.
Aktywiści ci, nakręcając spiralę społecznego oczekiwania na natychmiastową reakcję, zdają się nie dostrzegać, że policjant czy strażnik miejski to nie jest algorytm reagujący na każde kliknięcie w aplikacji, lecz człowiek wrzucony w system, który wymaga od niego bycia jednocześnie mediatorem rodzinnym, ratownikiem medycznym i sędzią drogowym przy chronicznym braku wsparcia i sprzętu. Pojawia się jednak wątpliwość, czy to na pewno dobry pomysł, by budować narrację o całkowitym rozkładzie służb, skoro rzeczywistość to raczej tragiczny wybór między ukaraniem kierowcy na bazarku w Ursusie a zabezpieczeniem miejsca wypadku, w którym każda sekunda opóźnienia może kosztować czyjeś życie. Brakuje czasu na prewencję, bo system jest w trybie ciągłego gaszenia pożarów, a tysiące zgłoszeń płynących z systemów zgłoszeniowych, choć słuszne w swojej literze, stają się dla służb logistycznym koszmarem, którego nie są w stanie udźwignąć bez radykalnych zmian prawnych, systemowych i kadrowych. Wrażenie, że mundurowi bagatelizują problem parkowania, jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej, pod którą kryje się ponura prawda o państwie, które nakłada na swoje służby coraz więcej obowiązków, nie dając im w zamian ani ludzi, ani narzędzi do ich rzetelnego wypełniania. Nie jest do końca jasne, czy to się uda, to domaganie się sprawiedliwości tu i teraz, gdy po drugiej stronie słuchawki siedzi człowiek, który musi zdecydować, czy wysłać ostatni wolny patrol do zapłakanej kobiety wzywającej pomocy, czy do kogoś, kto właśnie kłóci się o naklejkę na masce. Państwo nie kapituluje przed bezczelnością kierowców, ono po prostu nie ma już kim tej wojny prowadzić.